balon wypełniony gorącym powietrzem
Dawno, dawno temu żył sobie cukiernik, który odbył lot balonem wypełnionym wodorem.
Działo się to w 1810 roku. Zaprosił przyjaciela z Bristolu. Lot rozpoczął się całkiem pomyślnie – lecieli nad Kanałem Bristolskim w kierunku Cardiff.
Jednakże mniej więcej w odległości siedmiu kilometrów od Combe Martin runęli do morza.
Nie połamali sobie jednak nóg ani nie utonęli; balon nie zapalił się i nie spłonęli żywcem.
Zdarzyło się natomiast coś niebywałego: gondola kołysała się na falach, balon wydymał się na wietrze
z tyłu za nimi i – hokus-pokus! – uratowali się. Przez godzinę unosili się w ten sposób na wodzie, po czym wydobył ich z morza statek z Lynmouth.
Maude Zing zawsze wolała opowieść o cukierniku od historii malarza akwarelisty, który wymyślił spadochron spadający czaszą w dół.
Lubi wyobrażać sobie, jak musiał wyglądać balon unoszący się na powierzchni morza. Malutka gondola, ogromna kula z kolorowej tkaniny, małe figurki mężczyzn pełnych nadziei, bezmiar wód i nieba. Było to: takie dziwne, takie piękne, takie tajemnicze jak te wszystkie niezwykłe, bajeczne rzeczy: wieloryby, latające ryby, bezowe babeczki z bitą śmietaną i niespodziewane opady śniegu.
Ale historia cukiernika była czymś więcej. Katastrofa uległa transformacji. Z ocalałego balonu został wyczarowany żaglowiec.
**************************************************************************
Tym końcowym fragmentem książki zamykamy naszego bloga... dziękujemy za wszyetkie chwile spędzone z nami w magicznym świecie Zingów i jeszcze raz zachęcamy do lektury powieści "Mam łóżko z racuchów"!
Do zobaczenia gdzieś - przy kartach innej ksiażki! :-)
|
Mój ojciec umarł w Wielki Piątek. Nie było to dla mnie – ani dla nikogo innego – zaskoczeniem. (Podobnie, jak zaskoczeniem nie było, że trzeciego dnia nie zmartwychwstał, jak podśmiewali się niewesoło żałobnicy, którzy zgromadzili się w rodzinnym domu po pogrzebie, który odbył się tydzień później). Rak toczył jego coraz słabsze ciało przez trzy długie lata, więc każdy, kto miał na to ochotę, zdążył się z nim pożegnać.Siedziałem samotnie w fotelu, z oczami wlepionymi w podłogę, medytując odwieczny problem, który pojawiał się ilekroć odchodził ktoś bliski. Polegał on na tym, iż zamiast czuć – tak jak wszyscy zgromadzeni wokół – żal i smutek, czułem jedynie pustkę i otępienie. Ktoś mógłby myśleć, że gdy owo otępienie ustępowało, ból i uświadomienie straty – konieczne przecież odreagowanie każdej tragedii – dochodziły do głosu; ale nie, silniejsze emocje nie wystąpiły ani razu. Także teraz, kiedy, jak mogło się wydawać – i jak pewnie myśleli krewni, spoglądający na mnie z nieukrywaną troską – utraciłem osobę tak bliską, utraciłem ojca. Z zadumy wyrwała mnie matka, wkładając w moje ręce filiżankę herbaty i talerzyk z ciastem, które kiedyś było świąteczne. Spojrzałem na nią, uśmiechnęła się nieznacznie i wróciła do kuchni. „Nieźle się trzyma”, pomyślałem, „ale ona zawsze była twarda”. Podniosłem do ust łyżeczkę z kawałkiem ciasta – takiego, jakie zawsze, odkąd zdolny byłem pamiętać, matka piekła na święta – i popiłem łykiem gorącej herbaty. Autor: szymek_t Zobacz całą treść tekstu w serwisie Broszka.pl |
|
- Cześć wszystkim – zawołałem na tyle radośnie, na ile potrafiłem, ale może to z powodu kaca, czy widoku wyrazu ich twarzy, jakoś nie wypadło to najlepiej. Naprawdę, wypadło to strasznie żałośnie i piskliwie.
Autor: koralina
Zobacz całe opowiadanie w serwisie Broszka.pl
|
Składniki: 1 awokado, 1 ząbek czosnku, łyżka oleju, sól i pieprz
Składniki wrzucić do rozdrabniacza i zmiksować na gładką masę.
|
Wiem, że masz na imię Emilka z kartki, którą znalazłem w szufladzie ojca. Nie, nie szperałem w poszukiwaniu kasy, dowodów zbrodni, ani kompromitujących zdjęć. Jak zawsze podbierałem mu kartki na sprawozdanie, wiesz A4, nie wiem jak to się dzieje, że wiecznie mi ich brakuje. Śmiać mi się chce z samego siebie, że piszę, nie wiem, nawet jak to ująć…, ale jak odkrywasz w domu coś, o czym nie masz pojęcia, zawsze Cię to intryguje, prawda? Mnie zawsze. Pewnie nie zwróciłbym uwagi na adres, gdyby to była wizytówka (ojciec ma takich mnóstwo), ale znalazłem fioletową kartkę z Małą Syrenką w tle. Przyznasz, że to dość dziwne jak na interesy, co? W dodatku tak to było napisane: Emilka, nie Emilia. Dlatego piszę. Kim Ty jesteś, Emilko? Paweł jestem Emilką, mamą, malarką i brunetką z bordowymi pasemkami. Heh, pewnie nic Ci to nie mówi, ale nie wiem, jak mam zacząć. Kiedy Twój ojciec po raz pierwszy trzymał w rękach tą fioletową karteczkę, nie byłam jeszcze ani mamą, ani brunetką z pasemkami.
Autor: Daguniek
Zobacz całe opowiadanie w serwisie Broszka.pl
|
czwartek, 17 maja 2012
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: